piątek, 26 lipca 2013

Woń - opowiadanie cz.2

Sięgam po nowy notes, by przepisać zapiski z tego, który wczoraj zalała szefowa. Chcę to zrobić jak najszybciej, bo mam przecież bieżącą pracę, a o dziesiątej trzydzieści przyjdzie Norbert, by powiedzieć mi, czego dowiedział się od naszego wczorajszego spotkania. Otwieram zeszyt, a wraz z nim paletę zapachów tak mocnych, że aż kręci mi się w głowie. Oszołomiona siadam na krzesło i próbuję poukładać sobie zapachy, które zewsząd do mnie docierają. W panice rozglądam się po pomieszczeniu w poszukiwaniu woni, które tak rozdrażniły mój zmysł, i by dowiedzieć się czy czuję coś, czego wolałabym nie czuć. Czy czuję czyjąś śmierć.
Jako pierwsze eliminuję kwiaty. Ich aromat był tak silny, że aż drapało mnie w gardle, ale to pewnie dlatego, że stały w wazonie na blacie, przy którym siedzę. Jako kolejny, skreślam z listy zapach morza, a właściwie odświeżacz powietrza, który "psika" morską bryzą co jakiś czas lub wtedy, kiedy wyczuwa ruch. Stoi na półce w kąciku służącym za poczekalnie. Pieczony kurczak znajduje się w mojej torebce, wzięłam go z domu na lunch, nie zdążyłam nawet przełożyć go do lodówki. Powoli się uspokajam. Miewałam już takie ataki, ale nie potrafię się do nich przyzwyczajać, choć i tak już jest lepiej. Na początku towarzyszyły im mdłości, a nawet wymioty, ale ostatnio mam „tylko” zawroty głowy.
Zostały jeszcze pomarańcze. Nigdzie ich nie widziałam. Czasami kładę jakieś owoce albo słodycze na stoliku, żeby czekający mogli się poczęstować. Ale przekąską dnia są dziś słone krakersy. Żadnych pomarańczy.  Do otwarcia jeszcze sporo czasu, mam też jakieś pięć minut do przyjścia Gliczowej. Powinnam zdążyć obejść wszystkie gabinety. Czasami przy atakach czuję zapachy, których źródło mieści się w innym pomieszczeniu niż to, w którym akurat przebywam, ale na pewno nie pochodzą z innych budynków. Chyba, że to TEN zapach. Zapach zarezerwowany dla mnie. Zrezygnowana otwieram jeszcze toaletę,  w pokojach pracowników nie było pomarańczy, choć u Gliczowej i wróżki Amiry wydawało mi się, że czuję je bardziej. W łazience, jak się spodziewałam, nie ma żadnych pomarańczy. Staram się nie myśleć, co kryje się za tym aromatem. Idę do siebie i chwytam telefon, by jak najszybciej powiedzieć Norbertowi o ataku. Może to coś znaczy. Jakie jest moje zdziwienie, kiedy na wyświetlaczu pod ikonką przychodzącej wiadomości widzę nazwę nadawcy: Korzecka – Glicz. Nawet nie byłam pewna, czy szefowa zna mój numer. Odczytuję sms i mimowolnie wypuszczam telefon z rąk. Doktor napisała, że nie przyjdzie dziś do pracy. Bo musi komuś pomóc.
 xxx
Nerwowo podryguje nogą, po raz enty powtarzając policjantowi to samo. Z uwagi na moją współpracę z Norbertem kilka razy byłam już przesłuchiwana w formie świadka. W aktach oczywiście nie mogło być napisane, że mam cudowną moc, więc byłam brana po prostu za jego przyjaciółkę, która jest przy rozwiązaniu zagadki. Najczęściej jednak Norbert rozgrywał to tak, żebym nie musiała biegać po komisariatach. Tym razem jest inaczej. Porwano kogoś kogo znam, porwana jest najprawdopodobniej jedną z kilku ofiar tego samego porywacza, a do tego ja mam jakieś przeczucie z tymi pomarańczami. I to ich najbardziej bawi. Przesłuchują mnie w salonie, żeby móc obserwować reakcję innych pracowników na obecność policji. Z tego samego powodu zabronili mi go zamknąć. Nie pozwolili też Norbertowi być przy mnie.
- Pani Natalio, znam Norberta, wiem, że jesteście bliskimi przyjaciółmi. Jako, że jesteśmy kumplami mówił mi, że korzysta z pomocy porwanego Macieja, a czasem też pani, ale myślę, że tę część o pomarańczach możemy sobie  podarować. Gdyby chodziło o to, że znalazła pani w gabinecie pani doktor pomarańcze, które nie wiadomo skąd tam się wzięły, moglibyśmy skupić się w pewien sposób na tym, ale tak – wzrusza ramionami.
Zastanawiam się komu kogo jest bardziej żal. Jemu mnie, bo ma mnie za wariatkę, czy mi jego, bo próbuje w jak najdelikatniejszy sposób powiedzieć mi, że według niego mam coś z garem. Nie mam już siły tłumaczyć, więc nic nie mówię i pozwalam mu zinterpretować sobie moje myślenie, jak chce. Poza tym nie mogę się skupić, bo nadal wszędzie czuję zapach pomarańczy. Wściekłość wzbiera we mnie tym bardziej, że do wczoraj uwielbiam tamten aromat. Kojarzył mi się, a jakże, ze świętami Bożego Narodzenia. Mało prawdopodobne, by tym razem oznaczał czyjeś narodziny.
Policjant zapisuje coś w swoim kajeciku, kiedy podochodzi do niego kolega po fachu. Czy raczej podległy, bo spełnia polecenia tego pierwszego.
- Korzycka-Glicz nie leczyła nikogo, kto w jakikolwiek sposób jest powiązany ze sprawą – wyraz twarzy przesłuchującego mnie gliniarza mówi wszystko. Właśnie szlak trafił wszystkie ich tropy. Jej pacjentem powinien być ktoś uwikłany w sprawę prowadzoną przez zaginionego policjanta, w której pomagał Maciek, a o czym pisała ta porwana dziennikarka. A tu zonk.
- Czy któryś z pacjentów porwanej wydał się pani dziwny? – Gliniarz-szef zwraca się znowu do mnie.
- Nie wiem czy pan wie, ale pyta mnie pan o klientów psychologa. – Nie mogę powstrzymać się od sarkazmu. Zbyt dobrze wiem, jak niesprawiedliwe może być nazwanie kogoś "dziwnym" - Oni wszyscy mieli jakieś problemy - mówię jednak dalej nie czekając na jego reakcję. Wierzę w jego inteligencję i  mam nadzieję, że zrozumiał swoje faux pas. - Większość to stali pacjenci, zresztą pewnie już ich szukacie, a może nawet przesłuchujecie. Nie znam tylko wczorajszego pacjenta. Jest nowy. To była popołudniowa wizyta, a ja pracuję do szesnastej.
- A czy mógł go wiedzieć któryś  z pracowników salonu?
- Pracowała wtedy wróżka Amira, masażysta Mateusz, dwie kosmetyczki i wróżbita. – Jakby nie mogli sobie sprawdzić w grafiku.
Właśnie w tym momencie do salonu wchodzi Amira.
- Witam panów – mówi do policjantów i uśmiecha się sztucznie. – Nie trzeba być wróżką, żeby widzieć, że moja koleżanka nie jest zadowolona z waszej wizyty. A jak ona was nie lubi, to musimy się pożegnać, nikt nie zechce was tu przyjąć. Kto jak kto, ale ona ma nosa do ludzi – mówi puszczając mi oczko.
A mi pierwszy raz tego dnia chce się śmiać. Uwielbiam ją.
- Pani Amira? Jesteśmy z policji – mówi ten pierwszy gliniarz, nie czekając aż wróżka potwierdzi swoją tożsamość. - Czy widziała pani wczoraj ostatniego pacjenta pani doktor Glicz?
- Oczywiście, nawet chwilkę z nim rozmawiałam. To był bardzo uprzejmy pan. Powiedział, że przeżywa teraz trudne chwile. A panowie tu są, bo coś wiadomo w sprawie jego córki tak? Znalazła się?
Cała nasza trójka, policjanci i ja omal nie spadliśmy z krzeseł jak to usłyszeliśmy. Po wyrazie twarzy pierwszego gliniarza było widać jak pracują mu trybiki w mózgu, ale musiał jeszcze się upewnić, dopytać.
- Co jeszcze mówił?
- Że wydawało mu się, że poradzi sobie z tym sam, ale był w  błędzie. Na szczęście, jak mówił są dookoła dobrzy ludzie. Opowiadał, że przysyłają im do domu listy pokrzepiające, a nawet zabawki i słodycze dla małej, chcąc w ten sposób pokazać, że wierzą, że dziewczynka wróci do domu. Ostatnio ktoś podarował im kosz pomarańczy. Nawet przyniósł kilka owoców ze sobą i chciał mnie poczęstować, ale jestem uczulona na cytrusy, więc  - Nie wiem co Amira mówi dalej, bo przychodzi kolejny atak. Kiedy dochodzę do siebie leżę na kanapie w poczekali. A nade mną siedzi zszokowany policjant numer jeden. Domyślam się, że dałam niezły popis będąc w amoku.
- Przepraszam, jeśli pana wystraszyłam, ale miałam.. - nie wiem jak to powiedzieć, w ogóle to facet mnie wkurza i nie uważam, że powinnam go przepraszać, ale zawsze czuję skrępowanie przez te ataki. Wolałbym, żeby nikt mnie nie oglądał w takim stanie.
- Nie, nie. Nic nie szkodzi – kręci przecząco głową – To ja muszę panią przeprosić. Po prostu nic z tego nie rozumiem.
- Mało kto potrafi rozumieć, że „mówią” do mnie zapachy – odpowiadam i trochę łagodnieję. Przecież wiem, że to, co mu mówiłam, musiało wydać się co najmniej dziwne.
 - Nie o to chodzi – mruczy pod nosem i wzywa swojego podwładnego. – Pani wybaczy – zwraca się do mnie, unosi moją dłoń i daje ją powąchać drugiemu policjantowi. Młodzik podnosi moją rękę do nosa i włosy stają mu dęba.
 – Jakby pani obierała pomarańcze.
xxx
Idę parkową aleją i ze wszystkich sił próbuję poczuć aromaty nadchodzącej wiosny. Przed wyjściem z salonu chyba z milion razy myłam ręce, żeby zetrzeć z nich zapach pomarańczy. Nie wiem, co o tym myśleć. Pierwszy raz zdarzyło się żebym to ja czymś „pachniała”. Muszę jak najszybciej zobaczyć się z Norbertem. Skoro nie mógł czekać na mnie w trakcie przesłuchania, poszedł na miasto sprawdzać kolejne informacje. Umówiłam się z nim w naszej ulubionej knajpce. Jestem zaledwie kilka kroków przed celem, kiedy atakuje mnie, i to dosłownie, kolejny zapach. Słodkawy zapach chloroformu. Ostatnimi resztkami świadomości zapamiętuję tylko męski głos, który mówi:
– Przepraszam, ale musisz mi pomóc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz