wtorek, 30 lipca 2013

Woń - opowiadanie cz.3 (ostatnia)

Kiedy się budzę odczuwam lekkie mdłości i trochę boli mnie głowa, ale poza tym wszystko w porządku. Leżę na jakimś materacu, nie mam związanych kończyn, a na podłodze obok mojej głowy stoi taca z wodą w plastikowym kubeczku. Znajduję nawet liścik. Jak poczujesz się lepiej, przyjdź do pokoju obok. - czytam. Zakładam, że woda nie jest trucizną i wypijam duszkiem cały kubek. Nad liścikiem chwilę się zastanawiam. Teoretycznie za drzwiami może stać wariat z siekierą, żeby urąbać mi głowę. Tylko po co? Powiedział, że potrzebuje mojej pomocy, a podzielona na dwie części, raczej mu jej nie udzielę.
Poza tym porwanie mnie, tylko upewnia mnie w moim przekonaniu, że dokonał tego ojciec zaginionej dziewczynki. Zbiera własną ekipę, która pomoże mu odnaleźć dziecko. Nie wiem skąd i czego dowiedział się o mnie, ale obawiam się, że moje pomarańcze nie wróżą nic dobrego. Ponadto mogą dotyczyć całkiem innej sprawy, na przykład wybuchnie pożar w rozlewni soku pomarańczowego. No właśnie. Może powinnam kogoś ostrzec? Tylko chwilę biję się z myślami i ruszam w kierunku wskazanego pokoju. A tam wszystko wygląda tak, jak sobie wyobraziłam. Policjant - Giżycki, Maciek, dziennikarka - Falik i doktor Glicz pracują na pełnych obrotach. Porwani dyskutują żywo, w pomieszczaniu stoi kilka flipchartów, na których zapisują wyniki swojej burzy mózgów. Gliczowa, jak się domyślam na stworzyć portret psychologiczny sprawcy, chociaż nie jestem pewna czy kiedykolwiek to robiła. Kiedy wchodzę odwraca się i uśmiecha do mnie.
 - Jak miło widzieć znajomą twarz
Odwzajemniam uśmiech. Po chwili podskakuję do góry, gdy nagle słyszę czyjś głos za plecami.
- Chciałem jeszcze raz panią przeprosić – mówi do mnie czterdziesto - może czterdziestopięcioletni mężczyzna.
- Nic nie szkodzi.Wiem czemu mnie pan uprowadził.
- Wiem, jak to wygląda, ale odnosiłem wrażenie, że gdy wszyscy szukali Gosi w ramach obowiązków zawodowych, to szło im to bardzo opornie. A tu wspólnie dochodzimy do celu. Wiemy, że jesteśmy już blisko. Ale nauka i wiedza teoretyczna nam już nie pomaga. Dlatego potrzebuję też pani – tłumaczy. – Proszę też wybaczyć, ale grzebałem w pani telefonie.
- Dał pan znać Norbertowi, że nie przyjdę?
Pokiwał głową.
- Napisałem, że musi pani komuś pomoc.
- Nie jestem pewna czy ten sms go uspokoił, wydaje mi się, że wręcz przeciwnie – zauważam. - Ale oczywiście pomogę, jeśli będę mogła – odrzekłam – Tylko, że oni już wiedzą, że to pan – uśmiecham się smutno, bo znając życie, policja zaraz tu wparuje, aresztuje go nie biorąc pod uwagę, że to, co tu się dzieje może uratować jego dziecko. Mężczyzna macha zrezygnowany ręką, a porwany policjant, Giżycki, patrzy na mnie złowrogo. Chyba nie podoba mu się, że jestem kretem przestępcy. Po Maćku i Gliczowej widzę, że się serio zaangażowali. Dziennikarka - Falik też pewnie nie przepuści okazji, by być w centrum wydarzeń. Tylko ten ma pewnie jakieś ambicje, że mu nie wypada czy coś. Z drugiej strony, porywacz nie wygląda na groźnego. Giżycki, jakby chciał to już dawno by go załatwił i stąd uciekł... Czemu tego nie zrobił? Chce pomóc obywatelowi, ma zamiar rozwikłać zagadkę i zebrać laury w pracy czy może naprawdę się wzruszył?
Słucham do czego doszli, wymieniają mi listę osób, które mogą mieć żal do ojca małej. Mówię im o pomarańczach, nikt, nawet gliniarz, nie neguje tego przeczucia. Niestety naszemu „porywaczowi" ta informacja nic nie daje , nie zna nikogo, kto w jakikolwiek sposób zajmowałby się pomarańczami. Choć przyznaje, że otrzymał je jako wyraz współczucia. Ale nie wie od kogo.
Mówi, że idzie wybadać sprawę i prosi nas o jeszcze o odrobinę cierpliwości.
Korzystam z okazji, by przywitać się z Maćkiem i Gliczową. Doktor tłumaczy mi, że to był właśnie jej tajemniczy pacjent, ale zapisał się na wizytę pod fałszywszym nazwiskiem. W rzeczywistości nazywa się Olecki. Dlatego policja nie mogła połączyć naszej psycholog z pozostałymi uprowadzonymi. Opowiadam jej właśnie, co działo się w salonie od czasu jej zniknięcia, kiedy dopada mnie kolejny atak. Znowu pomarańcze. Jakby tego było mało w naszym pokoju robi się małe zamieszanie, bo wchodzi tu jakiś facet i z tego co widzę nikt z moich towarzyszy go nie zna. Twierdzi, że przysyła go tu Olecki.  Mówi, że chyba coś już wiadomo i prosi, żebyśmy szybko powiedzieli, co jeszcze zdołaliśmy ustalić. Że nie czuję się najlepiej o moim przeczuciu mówią mu inni. Wtedy on zbliża się do mnie i niczym grom z jasnego nieba spada na mnie pierwszy cios. Facet uderzył mnie pięścią w twarz. Krztuszę się zapachem pomarańczy i krwią, która spływa mi do gardła. Chyba mam złamany noc. Boli piekielnie. Pewnie jako kobieta powinnam pomyśleć czy wpłynie to na mój wygląd. Mi natomiast przechodzi przez głowę przerażająca myśl, że stracę przez to swój dar, że już nic nie poczuję, że nie uda mi się już nikogo uratować. Do tej pory nie wiedziałam, że tak jestem do niego przywiązana. Mówiłam, że to klątwa, że mam dosyć przepowiadania śmierci. Podświadomie jednak chciałam zapanować nad nim na tyle, by wyczuć coś przed, a nie po fakcie. Tyle nad tym pracowałam. Drugi cios był wymierzony w  brzuch, ale zanim do niego doszło, na atakującego rzuca się Giżycki. Obezwładnia kolesia w kilka sekund, po czym funduje mu uderzenie w tył głowy, by ten stracił przytomność. Gliczowa przykłada mi chusteczkę do nosa, a dziennikarka w ostatniej chwili wkłada nogę pomiędzy framugę a drzwi, zapobiegając ich zatrzaśnięciu. Wychodzimy z naszej przytulnej celi i ze zdziwieniem stwierdzamy, że znaleźliśmy się w gabinecie naszego porywacza. Niemożliwe, facet przechowywał nas na zapleczu swojego biura. Pewnie była tu nawet policja, kiedy ich kolega po fachu rozwiązywał za nich zagadkę uprowadzenia dziewczynki. Gliniarz czym prędzej bierze za telefon i dzwoni po swoich, a my solidarnie czkamy na dalszy bieg wydarzeń. Nikt z nas nie ucieka „na wolność”, czujemy, że musimy doprowadzić sytuację do końca. Facet, który nas zaatakował z pewnością stoi za porwaniem dziewczynki i jakoś się o nas dowiedział. A więc mój złamany nos, to nic takiego. Pytanie brzmi, gdzie jest ojciec dziewczynki i czy po ujawnieniu się jej porywacza, mała ma szanse na przeżycie. 
Gdy czekamy na przyjazd policji, dobiega do nas jakiś odgłos z szafy. Maciek otwiera drzwi i  znajduje tam związanego Oleckiego.
- To mój pracownik Ławecki, w życiu bym nie pomyślał, że coś do mnie ma – mówi, kiedy ściągamy mu taśmę z ust. - Niedawno dostał awans, a przed nim szansa zagranicznego kontraktu. Nie zaliczałem go listy wrogów. On na pewno ma Małgosię, znajdźcie ją, błagam.
- Znasz jego adres? – pyta Giżycki.
Mężczyzna przytakuje i szuka danych w komputerze. Gliniarz wyrywa kartę z drukarki i nie czekając na przyjazd pozostałych policjantów wybiega z biura.
Kiedy pojawia się tu ekipa policjantów, dobrze już wiedzą, co się stało i nawet nie zadają nam żadnych pytań. Grzecznie proszą byśmy udali się na tutejszą stołówkę. Tu częstują nas kawą lub herbatą i każą czekać na kogoś, kto przyjdzie  z nami porozumiewać. A więc jednak. Składnie zeznań niedługo stanie się moim hobby.
Żadne z nas, chyba nawet ten gliniarz, nie ma zamiaru złożyć doniesienia na zdesperowanego ojca dziewczynki, ale nie wiem jak wyglądają takie procedury. Może będzie ścigany z urzędu? Zerkam co chwilę przez okno. Na zewnątrz aż roi się od radiowozów. Widzę też Norberta, który usilnie próbuje przekonać policję, że musi tu wejść. Nie widziałam jednak, żeby zabierali na komisariat tego psychola, który mnie pobił. Pewnie nie chcą marnować czasu na przejazd i chcą jak najszybciej dowiedzieć się gdzie jest dziewczynka. Po dwóch godzinach siedzenia, ewentualnie chodzenia w tę i z powrotem oraz przestępowania z nogi na nogę, zauważamy za oknem jakiś ruch. Otwieramy je z nadzieją, że uda nam się coś usłyszeć. Na parking otoczony przez policyjne wozy wjeżdża jeden większy, opancerzony samochód. A z niego wyskakuje uśmiechnięta od ucha do ucha dziewczynka. Na szczęście dla niej nie miała pojęcia, że była porwana.
 – Ale mi zrobiliście niespodziankę z tą wycieczką – krzyczy do rodziców, którzy z trudem powstrzymują łzy. – No nie przytulacie mnie już tak. Poza tym, powiem szczerze, że trochę jestem zła, że nie pojechaliście ze mną. Ciągle tłumaczycie się tą pracą.
Ja i dziennikarka patrzymy na siebie i wybuchamy śmiechem. Nie śmiejemy się z tej sceny, tylko z siebie samych, bo obie spłakałyśmy się jak bobry. Gliczowa na to kiwa głową.
 – No tak, chciał mu przez to powiedzieć, że stracił przez niego rodzinę. Na awanse nie zarabia się siedzeniem w domu i spędzaniem czasu z bliskimi – tłumaczy. - Czytałam akta wszystkich pracowników, Ławeckiego też. W jego danych było, że też ma 10 letnią córeczkę, ale jest z żoną w separacji. Może w końcu zażądała rozwodu. A może sam z siebie uznał, że praca zabiera mu życie rodzinne.
- Pewnie chciał mieć kasę, żeby już nie musieć pracować. Myślał, że w ten sposób zatrzyma żonę – kwituje dziennikarka.
- Dobrze to wydedukowaliście. Zasługujecie na pochwałę – słyszymy od progu. Stoi w nim dwóch policjantów. Nasz "kolega" Giżycki i policjant, który przesłuchiwał mnie w salonie. To on do nas mów.
– Małej nic nie jest. Urządzili jej coś jakby wakacje. Była w samym centrum miasta, w hotelu z aquaparkiem i mnóstwem atrakcji dla dzieci.
- A w którym, jeśli można wiedzieć? – pyta dziennikarka. - Mamy tu takich kilkanaście.
Inspektor przez chwilę nic nie mówi, po czym odzywa się patrząc mi prosto w oczy.
- W Oranżerii.

Koniec



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz