"Drzewo Morwowe" - Tomasz Białkowski

Tytuł: Drzewo Morowe
Autor: Tomasz Białkowski
Wydawnictwo: Szara godzina, 2012
Liczba stron: 300

Morwa już nigdy nie będzie taka smaczna 

Przy domu rodzinnym mojej przyjaciółki rośnie morwa. Pamiętam, jak zajadałam się jej owocami latem. Ogólnie to drzewo przywoływało u mnie miłe wspomnienia z dzieciństwa. Dopóki nie przeczytałam tej książki. Odtąd morwa już nigdy nie będzie taka smaczna...


Na Warmii i Mazurach dochodzi do kilku tajemniczych, makabrycznych morderstw. Mistycyzmu dodaje motyl wkładany przez zabójcę w usta ofiar. Co to znaczy?  Zagadka dla dociekliwego gliny lub... dziennikarza. Tu bohaterem jest ten drugi, choć taki dociekliwy to on znowu nie jest. Paweł Werens - główny bohater "Drzewa Morwowego" - mieszka i pracuje w Warszawie. Lubi swoją pracę, ale akurat dziennikarstwo śledcze go nie kręci. Ale za młody doświadczeniem i prestiżem jest, żeby odmówić górze. A ta wysła go na północ, bo zna teren. Paweł pochodzi z Olsztyna i szczerze tego miasta nienawidzi.

"Szefostwo uznało go za najlepszego kandydata do tej misji. Werens nieopatrzenie przyznał się do swojego pochodzenia. Dzieciństwo i wiek szkolny spędził w Olsztynie. To w tym mieście zdał maturę, a potem wyjechał do Warszawy na studia dziennikarskie. Powód, dla którego nie chciał wracać do miasta, Werens skrywał głęboko w najczarniejszych zakamarkach duszy. Była to jego tajemnica, której nie znał nikt."

Ta wspomniana wyżej i oczywiście zagadka morderstwa to dwie tajemnice dla czytelnika. Werens ma do rozwiązania tylko tę kryminalną i wcale nie idzie mu najlepiej. A wszystko przez nastawienie. Nie lubi miasta, nie lubi dziennikarstwa śledczego, i nie lubi pisać tego czego nie lubi i o tym czego nie lubi. Taka trochę maruda. Dlatego założył sobie tezę i chciał jedynie znaleźć na nią dowody. Rodzaj zbrodni i tajemniczy motyl w ustach ofiar, według niektórych wskazuje na sektę - ale to przecież bezsensu. Porachunki gangsterskie, to brzmi inaczej. (Bardziej po warszawsku, co Werens?). Okazuje się jednak, że nasz dziennikarz że się mylił, a sprawa niechcący go wciąga. Choć po nitce do kłębka dochodzi raczej jego stryj (były ksiądz) niż on. To wujek odnajduje pierwowzory morderstw w historii kościoła...
Biblia do kryminałów (i książek w ogóle) była wplatana już nie raz i nie raz jeszcze będzie. Nie będę więc mówiła, że to sztampa - raczej sprawdzony motyw, który zresztą do mnie przemawia. Choć w "Drzewie..." trochę naciągany, nawiwny. Choć jak nie trudno się domyślić wszystko w końcu układa się w logiczną całość i otrzymujemy tu sporą dawkę informacji i pewną wiedzę zachowamy po przeczytaniu, czegoś mi brakowało. Nie potrafię tego nazwać. Czegoś, co sprawia, że niektóre informacje, które przemyca autor podekscytują mnie w tej własnie akcji, tym kontekście, w tej książce. Tymczasem 2/3 książki przeczytałam na raty, bez parcia. Końcówka już w porządku - jednym tchem.

Styl autora poprawny. Żadnych wpadek i "popłynięć", ale zbyt anonimowy. Za mało charakterystyczny.  Trochę zabrakło mi też poczucia humoru, które pojawia się nawet w najmroczniejszych kryminałach. Takie to było chwilami smutne... Ale autor bywał zadziorny. Bohater dostawał nagle olśnienia, ale nie zdradza swoich podejrzeń, czytelnik więc zastawiania się do jakiego wniosku doszedł, wszak posiadamy te same informacje.

Ale to nie jest tak, że mi się nie podobało. Moja intuicja mówi mi, że Białkowski się rozkręca (tzn. w kwestii kryminału, bo ma na swoim koncie sporo innych dzieł). Właśnie przeczytałam opis drugiej części - bo oczywiście seria musi być - i powiem, że sam opis to dla mnie kubeł zimnej wody. Coś czuje, że będzie lepiej niż tu.
Ale cały mój powyższy wywód to jedynie wstęp. Oto powód dla którego siegnęłam po tę książkę. Bo rzecz dzieje się w miejscach, które znam (przypominam wczorajszy post - Czytajmy polskich autorów)
Choć główny bohater zapiera się, że nienawidzi Olsztyna, książka nomen omen jest hołdem dla tego miasta. Poznajemy tu trochę jego historii i otrzymujemy naprawdę dużą dawkę informacji o topografii miasta. Jeśli tam jedziesz, nie znasz miasta  i nie masz mapy - weź tę książkę.
Ja w przeciwieństwie do Werensa bardzo lubię Olsztyn i właśnie tam studiowałam dziennikarstwo :) (i też o nim piszę :))
W książce pojawił się też Elbląg - w którym mieszkam i pracuję, i ledwie wspomniane, ale jednak, moje kochane Młynary - to tam zajadałam się morwami.  Myślę, że Olsztyn lubi też autor książki, który również z tamtych stron pochodzi, konkretnie z Jezioran. O nich w tej części nic nie było... Muszę sprawdzić, jak w kolejnych.

Ocena tradycyjna: 5/10
Moja ocena: półka

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz