piątek, 29 listopada 2013

"W pierścieniu ognia" przykładem udanej ekranizacji



Coraz bardziej się rozkręcam. Miało być o książkach, pojawiły się gadżety, wspomniałam o kulinariach, a teraz jeszcze film. Ale ekranizację można chyba zaliczyć do tematów książkowych. Post będzie dotyczył drugiej części Igrzysk Śmierci – W pierścieniu ognia.

Nie wiem do końca, co to będzie. Trochę recenzja, trochę analiza, trochę porównania do książki, trochę do pierwszej części… Chcę poruszyć kilka kwestii, postaram się być jak najmniej chaotyczna, ale mam słowotok, więc wybaczcie. Ale na pewno będzie się tu roiło od SPOILERÓW, więc ostrzegam tych, którzy są przed przeczytaniem tudzież przed obejrzeniem.

Kiedy obejrzałam pierwszą część, nie prowadziłam jeszcze bloga. Ograniczyłam się do jednego wpisu na facebooku, który brzmiał:
Obejrzeć ekranizację swojej ulubionej książki i się nie zawieść, to naprawdę coś. Wczoraj byłam na premierze "Igrzysk Śmierci" i do tej pory jestem w szoku, bo film mi się podobał. Oczywiście mam kilka zastrzeżeń, ale ogólnie mogę twórcom tylko pogratulować, że - przepraszam za kolokwializm - nie odwalili chały.

Tak wiem, że mogę się wydawać za stara na fankę serii dla młodzieży, ale o tym, co i dlaczego mi się w niej podoba pisałam tutaj i tu. Więc nie będę się powtarzać. Teraz o filmie.
Tym razem nie tylko się nie zawiodłam, ale jestem wręcz zachwycona. Po pierwsze książka napisana jest w pierwszoosobowej narracji i w czasie teraźniejszym (genialne). Główna bohaterka jest więc świadkiem wszystkich wydarzeń, o których mowa w książce, ewentualnie relacjonuje to, czego dowiaduje się od innych. To pierwsza różnica między książką a filmem. W wersji filmowej Katniss nie prowadzi narracji i to akurat odbieram na plus. W filmach, w których bohater opowiada swoją historię takie monologi bywają nudne (choć w przypadku Foresta Gumpa było ok). W IŚ niektóre sceny zostały „stworzone”  przez filmowców (centrum dowodzenia igrzysk, rozmowy Prezydenta Snowa z organizatorem igrzysk, studio komentatorskie…) Ale było to dobrze pokazane, choć w drugiej części lepiej. Jeśli chodzi o pierwszą część twórcom nie do końca udało się „pokazać” myśli Katniss. Wiem, że niektóre osoby, które nie czytały wcześniej książki miały problem ze zrozumieniem pewnych kwestii. Przy czym ja wyznaje zasadę NAJPIERW KSIĄŻKA, PÓŹNIEJ FILM! :)  Ale jeśli ktoś dzięki filmowi ma przeczytać książkę, to też jest dobrze. Ale wróćmy do tematu. W filmowej dwójce wszystko było jasne. W ogóle miałam wrażenie, że ten film „mówił książką” – naprawdę wyobrażałam sobie wiele scen tak, jak pokazali to twórcy, a dialogi to już w ogóle były żywcem ściągnie z  książki. Wiem, że na kwestię wyobrażenia może wpłynąć fakt, że widziałam pierwszą część i wiedziałam, czego można się spodziewać w dwójce. Ale ja mówię o moich wyobrażeniach z czasu czytania – a czytałam całą trylogię na długo przed ekranizacją.

No i wiedziałam, że się pogubię. Postaram się krótko. Film był naprawdę dobry. Było dużo wzruszeń, ale nie brakowało i poczucia humoru. Szczególnie zachowania i reakcje głównej bohaterki wywoływały salwy śmiechu na sali kinowej : mina Katniss, gdy Joanna (świetna gra aktorska) rozbierała się w windzie, pocałunek Chaffa - miałam identyczne odczucia czytające te wątki w książce i oglądając w filmie. Uśmiałam się do łez. Ale wiem też, że gdy Katniss mówiła o Rue w jedenastym dystrykcie, nie tylko ja płakałam. Słyszałam chlipiących wokół mnie. 
Genialna scena – kiedy suknia ślubna Katniss zmienia się w strój kosogłosa. W ogóle kreacje były w filmie świetne (motylkowa suknia Effie), a scenografia w ogóle zwalała z nóg. Po prostu spektakularny film.
Podobnie, jak w pierwszej części kilku wątków zabrakło (hobby Katniss, jakim rzekomo było projektowanie, jej koleżanka Magde, spotkanie Katniss z uciekinierkami z Ósemki). Jednak naprawdę łatwego zadania twórcy filmu nie mieli. Tam się ciągle coś działo – więcej niż w pierwszej części. Tu najpierw było tournée, potem przygotowania do igrzysk, potem igrzyska.
Podsumowując: książka wiadomo, że lepsza :) Ale film dał radę.

1 komentarz:

  1. Ja się strasznie wzbraniałam przed przeczytaniem książek "dużo hałasu i to wszystko wokół głupiej opowiastki miłosnej. Pełno tego ostatnio."- tak myślałam. Gdy rok temu przeniosłam się do innej szkoły i klasy i wgl poznałam taką jedną dziewczynę- straszną fankę. A jako że byłam nowa nie chciałam tracić jedynej osoby w nowym środowisku która ze mną rozmawiała więc namówiła mnie i ... w trzy dni przeczytałam całą serię. Pamiętam, że strasznie przez te trzy dni się opuściłam w nauce, mama prawie pozabierała mi książki żebym się uczyła >< W każdym bądź razie byłam zachwycona. Po przeczytaniu tego płakałam jak nigdy... Pamiętam, że jeden jedyny raz płakałam tak po skończeniu jednej serii, był to Harry Potter. Ale gdy zaczynałam czytać Harry'ego miałam 8 lat i szło mi to bardzo mozolnie, a Igrzyska Śmierci to było coś "hop-siup" i już. Koniec. Strasznie było mi przykro, płakałam (przeklinałam autorkę za zakończenie xd) i ogólnie "cuda wianki" się ze mną działy jak to ujęła moja mama. Nadszedł czas na film. Bałam się, że się rozczaruję, a tu proszę- kolejna niespodzianka- film również był niesamowity. No i teraz, gdy szłam na "W pierścieniu ognia", kolejny raz bojąc się, że zepsują mi film, znowu się pomyliłam bo był fenomenalny. Dużo płaczu (płakałam praktycznie przez cały seans, zimowa aura źle na mnie wpływa :P) , były też chwile, kiedy płakałam ze śmiechu (miny Katniss w windzie nigdy nie zapomnę xd)
    Jak i książki tak i filmy są warte tego, aby się z nimi zapoznać.
    Pozdrawiam,
    Amy

    OdpowiedzUsuń