piątek, 13 czerwca 2014

Owce w tytule, ćma na okładce, zbrodnie w tle, czyli "Milczenie owiec", T. Harris

Tytuł: Milczenie owiec
Autor: Thomas Harris
Wydawnictw: Albatros
Liczba stron: 431

Nie wiem, jak to się stało, że nie czytałam tej książki. Ja, miłośniczka kryminałów, bez klasyka gatunku na koncie. Wstyd! Czas to naprawić.

No dobra, możliwe, że na fakt, iż książki nie przeczytałam miało wpływ to, że widziałam film - niezliczoną ilość razy. Kiedy tylko którakolwiek ze stacji sobie o nim przypomni - siadam i oglądam. I gdy ostatnio byłam w bibliotece i książka leżała na półce polecanych, najczęściej wypożyczanych czy coś w tym stylu, to ją zgarnęłam.
Choć fabułę pewnie większość (swędzą mnie ręce, żeby napisać wszyscy) zna, jak nie z książki, to choćby własnie z filmu, by sprawiedliwości stało się zadość przytoczę ją.

W Stanach dochodzi do serii zabójstw - sprawca, nazywany Bufallo Billem zabija kobiety i obdziera je ze skóry. Policja nie potrafi wpaść na jego trop, morderca porywa kobiety z różnych miast, a ich ciała są znajdowane w różnych rzekach. Jedną z szans na schwytanie złoczyńcy jest stworzenie profilu psychologicznego przez wybitnego psychiatrę, dra Haniballa Lectera. Ale ów psychiatra sam jest mordercą, który nie tylko zabijał, ale zjadał swoje ofiary... Haniball - Kanibal.

Przebywa w szpitalu psychiatrycznym do więźniów i, ma się rozumieć, nie ma ochoty rozmawiać z policją.
Pod pretekstem przeprowadzenia zwykłego kwestionariusza prowadzący sprawę wysyła tam studentkę Akademii, Clarice Starling, która marzy o pracy w sekcji behawioralnej. Miało to być jej pierwsze doświaczenie, miała go poobserwować, przekazać informacje przełożonemu o jego zachowaniach, ale Hannibal postanawia pomóc młodej agentce.

Oprócz fabuły, która jest po prostu świetna z genialnie wykreowanymi bohaterami (szczególnie jeśli chodzi o Hannibala i Buffalo Billa) i  która sprawia, że książka ta naprawdę zasługuje na miano klasyka (tak, mam z tyłu głowy, że miałam napisać tekst o klasykach) jest kilka rzeczy, o których warto powiedzieć.

Najciekawsza wg mnie jest właśnie owa dziwna relacja, w jaką wchodzą Haniball z Clarice. Jej przełożony podkreśla, że Lecter wszystko, co robi, robi dla zabawy. Od ośmiu lat siedzi w celi przypominającej bunkier, więc spotykanie się z młodą kobietą, podrzucanie jej wskazówek-łamigłówek, dotyczących mordercy i obserwowanie, jak ona sobie z nimi radzi, jest dla niego zwykłą rozrywką. Ale nie można oprzeć się wrażeniu, że oni się zwyczajnie polubili, jakkolwiek to zabrzmi. Ona zdaje sobie sprawę, co Hannibal robił ze swoimi ofiarami, on jest socjopatą, więc trudno mówić w jego przypadku o uczuciach, ale mimo to kobieta otwiera się przed nim, zwierza się z najskrytszych uczuć. Co też świadczy, jakim doskonałym specjalistą jest doktor Lecter. Clarice przychodzi do niego po informacje o mordercy, a zachowuje się jak na kozetce. Nastrój, jaki stworzył autor przy tej relacji jest naprawdę godny podziwu.

Żeby nie było, że wychwalam pod niebiosa, spróbuję doszukać się mankametów, ale mogą być naciągane... :) Właśnie, a propos naciągania... Oczywiście znałam to z filmu, ale czytając też to zaprzątało moje myśli. Naciąganym wydawało mi się poproszenie studnetki o rozmowę z jednym najokrutniejszych morderców w tych książkowych realiach - tak była najlepsza na roku, ponoć były braki w ludziach, a on z policją nie chciał rozmawiać, ale mimo wszystko od tego książka się zaczyna i taki nawiny wątek na początku może trochę zniechęcić. No, ale autor nadrabia całą resztą. I młoda agentka też, bo ze sprawą świetnie sobie radzi, ale nie miała oznak syndromu głównego bohatera, z rzędu tych najlepszych, zarozumiałych itp.
I jeszcze przydałoby się coś o stylu. Tu ciekawostka, nie mogę powiedzieć, że jest jakiś wyjątkowy. Typowy dla krymianałów - proste zdania, trochę żargonu, czasem jakieś filozoficzno-psychologiczne rozważania, żadnych rozdmuchanych poezji. Ale fabuła była tak absorbująca a, że nie ma się czasu zwracać uwagi na styl. 
No i tytuł - mistrzostwo, bardzo symboliczny, czy raczej... wyrwany z kontekstu.
Jeśli w Waszym "Wstydzę się, że nie przeczytałam(łem)" jest Milczenie Owiec, to nadróbcie ten brak. Naprawdę warto! Naprawdę wypada.

Ocena tradycyjna 10/10

*Ta książka bierze udział w wyzwaniu: Przeczytam tyle, ile mam wzrostu.

Będzie mi bardzo miło, jeśli po przeczytaniu zostawisz po sobie ślad :)

6 komentarzy:

  1. Czytałam po obejrzeniu filmu. Warto znać i książkę i film, wrażenia niezapomniane.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Awiola właśnie mi coś uświadomiłaś :) Zarzucałam sobie, że najpierw widziałam film, zanim przeczytałam książkę. Ale film jest z 91 roku - pewnie miałam okazję go obejrzeć zanim na dobre zatraciłam się w świecie książek. Choć niedobrze, że tak późno nadrobiłam lekturę. Ale wiadomo, lepiej późno niż wcale :)
      /Pozdrawiam, Szufladopółka

      Usuń
  2. Przyznam się bez bicia, że też nie czytałam;/ Ale bardzo lubię film, dlatego muszę nadrobić zaległości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę różnic jest, jak to bywa przy adaptacjach, ale ogólnie jak na film powstały na podstawie książki, jest naprawdę dobry. A książka, wiadomo :)

      Usuń
  3. Ja za to książkę czytałam, chociaż bardzo dawno temu, a z filmem do tej pory nie miałam jeszcze styczności. Trzeba będzie to w końcu nadrobić ;) I może sięgnąć po kolejne części z tej serii.

    OdpowiedzUsuń
  4. Naprawdę nie widziałaś? Polecam, bo to jeden z dobrych przykładów ekranizacji. I myślę, że nie będziesz miała z tym problemu, co chwilę jest w telewizji :) Z pozostałymi częściami kiedyś też pewnie się zapoznam.

    OdpowiedzUsuń