niedziela, 5 października 2014

Daj się zarazić. "Wirus" - Guillermo del Toro, Chuck Hogan [recenzja]


Kiedy usłyszałam o tej książce, od razu chciałam ją przeczytać. I uznałam, że mój gust zmienia się na starość. Co może się wydawać dość dziwne, bo takie zainteresowania powinnam mieć raczej jako nastolatka, a nie stateczna matka i żona :)  Choć zawsze uwielbiałam czarownice, co mi zostało do dziś :) - zombie i wampiry jakoś nigdy nie przypadły mi do gustu. Znaczy do czasu, bo potem Stephen King przekonał mnie do tych drugich (pisałam o tym tutaj), no a zombie-serial "The Walking Dead" pochłonął mnie bez reszty. Ale do brzegu. King pisząc o wampirach pokazał, że niekoniecznie jest to zmieniający się w nietoperza pan w fioletowej pelerynie. Oczywiście Dracula to klasyk i nie mogę się o nim źle wypowiadać, jednak wgryzające się w szyję dziewic monstra jakoś mnie nie przekonywały...

Opis wydawcy:
W Nowym Jorku ląduje samolot z Europy. Zaniepokojeni kontrolerzy lotu nie są w stanie nawiązać z nim łączności, zasłony w oknach są zaciągnięte, a światła wyłączone. Drzwi pozostają zamknięte, a ze środka nikt nie wysiada. Władze obawiają się zagrożenia śmiercionośnym wirusem, więc na miejsce lądowania zostaje wezwana ekipa z Centrum Zwalczania i Prewencji Chorób, z Ephraimem Goodweatherem na czele. Spośród ponad dwustu pasażerów żyje tylko czworo. W samolocie-widmie nie znaleziono żadnych trujących substancji, a ofiary wyglądają jakby spały. Co mogło spowodować śmierć tylu osób? Ponadto śledczych i patologów już wkrótce zaniepokoją upiorne metamorfozy zachodzące w ciałach.

Jak czytamy w opisie, głównym bohaterem jest doktor z  Centrum Zwalczania i Prewencji Chorób. Pomagają mu koleżanka z pracy Nora i starszy człowiek Abraham Setrakian, który przekonuje Epha, że wie co się dzieje, oczywiście poza tą dwójką, nasz doktor nie może liczyć na nicyzją pomoc. Nikt mu nie wierzy. Albo nie chce uwierzyć...
Od razu rzuca się w oczy schemat rodem z katastroficznych filmów i mój "podręcznikowy" główny (tu właśnie "katastoficzny") bohater -  poświęca się pracy, przez co traci rodzinę, żona ma nowego faceta, ale  to właśnie on ma uratować świat i swoją rodzinę przy okazji też. Czy mu się uda? Jakiś tydzień temu po raz kolejny oglądałam film "2012" i naprawdę czytając tę książkę miałam deja vu :).

Książka dostaje ode mnie dwa duże plusy. Pierwszy właśnie za to, że wampiryzm był tu przedstawiony jako choroba, tytułowy "Wirus". Wywoływany przez atakujące organizm nicienie, pasożyty spragnione krwi. Tu wampiry zamiast wypiłowanych kłów miały żądło, które wysysało krew z ofiar. Może wyjdę na nawiną, paranoiczkę lub zdeklarowaną zwolenniczkę teorii spiskowych, (ewentualnie żyjącą w świecie książek/seriali), jeśli powiem to na głos, ale naprawdę jestem w stanie uwierzyć, że mogą pojawić się takie dziwne choroby. Może i nie zamienią nas od razu w chodzące trupy, ale nietypowa narośl czy agresywne zachowanie nie wydają się jakoś szczególnie nieprawdopodobne, prawda?

"- Jeśli tę chorobę wywołuje wirus, muszę uczynić wszystko, co w mojej mocy, aby znaleźć lekarstwo.
 - Jest tylko jedno lekarstwo: śmierć."

To był plus numer jeden. A drugi trochę przekornie  - za to, że jednak jest tu nawiązanie do dawnych legend. Bo początek "Wirusa" miał miejsce w Rumuni, czyli dokładnie tam, skąd pochodził legendarny Dracula. Bo jak już kiedyś pisałam - wampir to nie wymysł Hollywood, ale postać z naszej, slowiańskiej mitologii, do której, jak wiecie mam sentyment :)


" Strzygo, mój miecz śpiewa srebrem"

Tak zabijając wampira zwracał się do niego Setrakian. Starzec tłumaczył, że tak niegdyś nazywano wampiry. Choć z tego co mi wiadomo, jest  pewna różnica między wampirami a strzygami. Tymi drugimi były kobiety, które umierały w noc swojego ślubu i zamiast ostrych kłów miały dwa rzędy zębów, nie zawsze jednak gryzły, często zadrapywały swoje ofiary, a zranione miejsce gniło, rana rozprzestrzeniała się i w konsekwencji doprowadzała do śmierci. Jednak mitologia słowiańska jest tak złożona i mająca tyle odłamów, ile ludów, dlatego też słowa te mogły stać synonimami. W uogólnieniu pod słowem "upiór" miały się kryć zarówno strzygi, wampiry jak i zombie. Dobra, koniec mądrzenia się :)

Jeśli chodzi o styl to nie mam zastrzeżeń, ale i nie jestem nim jakoś szczególnie zachwycona. Uwielbiam napięcie, kiedy ściska mnie w klatce piersiowej (tak, jestem masochistką :)) tu tego niestety nie było. Tu nie zwroty akcji sprawiały, że przekładało się kartka po kartce, ale zwykła ciekawość. Czasami jednak wiało nudą, a "akcje bez akcji" dłużyzną. W książce było mnóstwo bohaterów, ale autorom udało się pisać o nich tak, by się nam nie pomieszały. A będąc już przy autorach - zawsze doceniam pisanie w duecie, bo tu trzeba nie tylko talentu, ale i umiejętności pójścia na kompromis. Rozumiem pisanie pracy naukowej w kilka osób, tam można podzielić się tematycznie, na rozdziały itp., ale wspólnie pisana fikcja? Jak wejść do głowy tej drugiej osoby, jak mieć 'taką samą" wyobraźnię? Uważam to za trudne i podziwiam.  Podobały mi się też interludia - lubię takie wtrącenia. Zawsze punktuję też polskie wątki, choć tu pojawiał się akurat w kontekście hitlerowskich obozów na terenie naszego kraju, ale kilka razy słowo Polska pojawiło się w tej książce i to odmienione przez różne przypadki, więc plus jest.

No i nie mogę powiedzieć o serialu, który powstał na podstawie książki, i który możliwe, że opęta mnie jak Walking Dead (choć to nie ten sam poziom adrenaliny), tym bardziej, że reżyseruje go sam autor książki - Guillermo del Toro. Ale myślę, że będę oglądać, tak jak przeczytam kolejne części trylogii, bo "Wirus" to dopiero początek.


Wirus przeczytałam służbowo :) Więc recenzję obowiązkowo wrzucam też na eKulturalni.pl, gdzie książka od Zysk i S-ka będzie do wygrania więc chętnych odsyłam was tam, :)


Ocena tradycyjna: 7/10
Moja ocena: półka

---

Tytuł: Wirus
Autor: Guillermo del Toro, Chuck Hogan
Liczba stron: 560
Wydawnictwo: Zysk i S-ka

Ta książka bierze udział w wyzwaniu przeczytam tyle ile mam wzrostu.

6 komentarzy:

  1. Ja wampirów w wersji "hollywoodzkiej" nie trawię, jednak Magdalena Kozak w trylogii o Vesperze przedstawiła ich w taki sposób, że, choć nie zapałałem do nich wielką miłością, to nie wywoływało to dziwnego uśmiechu na mojej twarzy. I oczywiście jest jeszcze księżniczka Monika z serii o kuzynkach Kruszewskich autorstwa Andrzeja Pilipiuka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, pamiętam z Twoich recenzji, że "wampirzy komandosi" są całkiem, całkiem. Ja z kolei nie wiem czy mnie ta "wojskowość" wystarczająco kręci, a Kuzynki, to już inna sprawa... :)
      Pozdrawiam,
      Szufladopółka

      Usuń
  2. Wampiryzm hako choroba, mnie też podoba się takie ujęcie. Okładka jest nieziemska.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, okładka przyciąga uwagę, nie ma co.
      Pozdrawiam,
      Szufladopółka

      Usuń
  3. Brzmi ciekawie, czuję się zachęcona :) Przeczytam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam i serial też jest całkiem, całkiem :)
      Pozdrawiam,
      Szufladopółka

      Usuń