środa, 31 maja 2017

To, co czytam: Mistrz i Małgorzata, Michaił Bułhakow

Kilka dni temu, jako zdeklarowana książkowa gadżeciara chwaliłam się nowymi kolczykami w kształcie książki. Tej książki. Oczywiście fakt, że znalazłam je będąc właśnie w trakcie lektury uznałam za znak. Nie wiem jaki i czego, ale jakiś przecież musiał być. Pisałam, też że za mało u mnie klasyki i trzeba to nadrobić, że szykuję recenzję. A teraz wpatruję się w panel oraz migający kursor i zastanawiam, czy będę w stanie to zrobić.

 Zrozumcie, że język może ukryć prawdę, ale oczy - nigdy! s. 177


Pomysł na recenzję zmieniał mi się po kolejnej przeczytanej stronie, szybko zorientowałam się też, że nie zamieszczę w niej wszystkich cytatów, które zrobiły na mnie wrażenie. Na przykład to może być moje motto:

"Jestem wiedźmą i bardzo się z tego cieszę" s. 384 

Może zmieściłabym się, gdybym chciała utworzyć kalendarz z cytatem na każdy dzień? No i jak zrecenzować książkę, o której wszystko zostało już powiedziane? Jak wyrazić swoje zdanie, skoro już jest jedyne słuszne? Nie, spokojnie, nie próbuję być na siłę kontrowersyjna i powiedzieć, że nie wiem, czym się wszyscy zachwycają, że gniot; ewentualnie, że "całkiem spoko, ale bez przesady". Tylko, kto przeczyta kolejną recenzję - zachwyt? Dlatego skupię się na dwóch rzeczach, które zajmują moje myśli po lekturze. Dwóch rzeczach, za które ja (kolejna czytelniczka) pokochałam tę książkę. I od razu zapowiadam, że będzie to nieco inna recenzja niż zwykle.

Ciekawość to pierwszy stopień do piekła,

 

mówi stare przysłowie. I wszystko już wiem. Zastawiałam się, co takiego jest w tej książce, że drżącymi z niecierpliwości palcami przerzucałam kolejne strony? Tym, co podtrzymuje fabułę i zatrzymuje czytelnika może być np. chęć rozwiązania zagadki kryminalnej czy nadzieja, na "żyli długo i szczęśliwie". To wątki, przez które nie chcemy odłożyć książki. Czy były obecne w "Mistrzu i Małgorzacie"? Poniekąd. Ale takie wątki bywają przewidywalne. O tej książce można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że była przewidywalna. Po prostu Bułhakow zawarł pakt z diabłem. Podpisał cyrograf jak nic. Szatan powiedział mu "Weź napisz o mnie, czytelnika będzie zżerała ciekawość (więc dasz mi potencjalne dusze do piekła ;)) a twoją książkę będą nazywać arcydziełem". Ale jak to diabeł, trochę go wykiwał. Autor sukcesu się nie doczekał...

Druga rzecz to styl

I znowu chodzi mi po głowie ten szatan. Dzisiejsi twórcy otwarcie mówią, że wena to ściema, a pisanie to rzemiosło. Ale wciąż pojawiają się głosy o natchnieniu czy muzie, nie wspominając o Duchu Świętym, który, jakby nie było, przyczynił się do powstania największego bestsellera świata, Biblii.
Ta książka napisana jest tak świetnie, że Bułhakow na pewno skorzystał z pomocy jakiegoś szepczącego mu go ucha głosu i bynajmniej nie była to biała gołębica. Prędzej czarny kot. Można się upierać, że jest taka dobra, bo pisał ją przez kilkanaście lat i szlifował jak diamencik. Ale ja tam swoje wiem. Ten styl jest po prostu jedyny w swoim rodzaju (tak wiem, to błąd), wyjątkowy. Czytając miałam wrażenie, że niesie mnie jakaś niewidzialna siła (nieczysta za ciekawość - prosto do piekła, zapewne). Z jednej strony było poetycko - z drugiej prosto, zrozumiale. Z jednej strony zabawnie, z drugiej ambitnie.

 "Ach messer, moja żona, gdybym ją tylko miał, dwadzieścia razy mogła zostać wdową" 
s.380


Dzieło Bułhakowa to przykład powieści w powieści. Tę drugą stanowi powieść o Poncjuszu Piłacie, tworzona przez tytułowego mistrza. W moim odczuciu zabieg ten jest dużo głębszy. Czasami miałam wrażenie, że każdy akapit, ba! czasem nawet zdanie stanowiło osobną historię, zamkniętą całość. W tak krótką formę autorowi udało się wpleść wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Stąd mój problem w wyborze cytatów - zdania były tak piękne, okrągłe, poetyckie, wymowne (brakuje mi komplementów). Całej książki nie skopiuję. A te dialogi...? Palce lizać!

"- Nie podobają się panu moje wiersze? - spytał zaciekawiony Iwan.
- Strasznie mi się nie podobają.
- A które z nich pan czytał?
- Nie czytałem żadnych pańskich wierszy! - nerwowo wykrzyknął przybysz.
-Więc dlaczego pan tak mówi?
- Cóż w tym dziwnego? - odpowiedział gość. - Albo to nie czytałem innych wierszy?"
s. 140 



Źródło: http://www.wachamksiazki.pl/obrazek/5218/mistrz-i-malgorzata

To są właśnie dwie rzeczy, za które ja pokochałam "Mistrza i Małgorzatę": nieprzewidywalna, surrealistyczna fabuła i piękny styl. Ale w książkach szukam też wartości, przesłań, podtekstów. A tych tutaj jest od zatrzęsienia. Wytykanie ludzkich przywar, w tym obłudy, pazerności, egoizmu (zarówno u władz, jak i obywateli) naprawdę udało się Bułhakowi. O tym, że zrobił to należycie, świadczy choćby fakt, że publikacja jego książki była wielokrotnie blokowana przez cenzurę.

Lubię siedzieć nisko (…) upadek nie jest wówczas tak niebezpieczny. s. 217

A czy żyli długo i szczęśliwie? Kto czytał ten wie, a tym którzy dotąd nie spotkali się z Wolandem i jego świtą, oraz Małgorzatą i Mistrzem tego nie zrobię i nie zdradzę. Bo tę książkę naprawdę warto przeczytać. Samemu. Od początku do końca. I pewnie więcej niż jeden raz.

Ocena tradycyjna: 10/10
Moja ocena: wyższa półka


Cytaty i numery stron do nich pochodzą z tego wydania:









poniedziałek, 29 maja 2017

#1 Czytanie pacjentom w elbląskim szpitalu miejskim

Gdyby ktoś mi powiedział, że tyle energii da mi wizyta u starszych, chorych ludzi w szpitalu, nie uwierzyłabym ;). Co prawda mam już doświadczenie w prowadzeniu warsztatów dla seniorów i wspominam je bardzo dobrze, ale wtedy odbywały się one na moim gruncie, a na zajęcia była rekrutacja - przyszedł ten, kto chciał. Dlatego przed niedzielnym (28.05) spotkaniem, oprócz ekscytacji, towarzyszył mi lekki stres. Nie chciałam uszczęśliwiać nikogo na siłę. 




Jednak wierzę w magiczną moc książki (i jej terapeutyczne właściwości ;)) dlatego spotkania czytelnicze w szpitalu były jednym z moich założeń w ramach akcji Woluminy. Głos książki i połączonym z nią Stypendium Kulturalnym. Chciałam wyjść z książką do ludzi, dotrzeć do osób, które z różnych przyczyn same nie poszłyby na wydarzenie kulturalne. Pacjenci szpitalni to szczególna grupa, której stan zdrowia często uniemożliwia uczestnictwo w kulturze. Kultura może jednak przyjść do nich.

Biblioteczka oddziału rehabilitacji z kardiologią

Po omówieniu pomysłu z dyrekcją i personelem Szpitala  Miejskiego w Elblągu podjęliśmy decyzję, że odwiedzać będę trzy oddziały placówki. Odział dziecięcy - wiadomo. Trzeba wyrwać dzieci ze szpitalnej codzienności i zafundować wycieczkę w krainę baśni, do alternatywnej rzeczywistości. Takie same prawo mają także dorośli, szczególnie ci z długotrwałym pobytem, czyli pacjenci oddziałów rehabilitacyjnego i rehabilitacji z kardiologią.

Zaczęłam od tej drugiej. To, co się tam wydarzyło, to było coś pięknego. Przyniosłam ze sobą trzy książki, z różnych gatunków: klasykę (Mistrz i Małgorzata), kryminał (Śmierć kolekcjonera Agnieszki Pietrzyk; z Elblągiem w tle) i literaturę obyczajową, z wątkiem romantycznym (Magdalena Witkiewicz, Czereśnie zawsze muszą być dwie), pamiętając jednocześnie, że oddział dysponuje własną biblioteczką, więc w razie czego sięgniemy po coś z półki.




Zostaliśmy przy moich książkach, a pacjenci  uśmiechając się pod nosem powiedzieli, że skoro sercowcy, to musi być o sprawach sercowych. Padło więc na książkę Magdaleny Witkiewicz. 

To, co się tam wydarzyło, to było coś pięknego. Grupa nie była zbyt liczna (część osób wyszła na przepustkę, niektórzy wyszli na spacer korzystając z pięknej pogody), ale za to bardzo zaangażowana. Kiedy czytałam, słuchali jak urzeczeni, ale najpiękniejsze było to, że urządziliśmy tam sobie mini dyskusyjny klub książki. W grupie słuchaczy znalazła się imienniczka głównej bohaterki (na zdjęciach w czerwonym swetrze) - Pani Zosia.

Pan Jan od pierwszych stron zgadzał się z przesłaniem autorki, że małe decyzje mogą mieć wpływ na całe nasze życie i podzielił się z nami swoją historią! Z kolei Pani Irena przyniosła z sali książkę, którą akurat czyta,  uwielbia literaturę faktu.






Na oddziale rehabilitacji czytanie odbyło się w sali chorych, u pań, którym stan zdrowia utrudniał przejście do świetlicy, tam przyszły też inne zainteresowane, a na chwilę nawet dwie panie pielęgniarki (tak to była damska ekipa). Tu także jednogłośnie wybrano do czytania Magdalenę Witkiewicz. Czemu nie to nie dziwi, skoro to specjalistka od szczęśliwych zakończeń. Zarówno pacjentki, jak i siostry zapisały sobie tytuł i umieściły ją na liście do przeczytania.






Niedzielne spotkanie z pacjentami było dla mnie niezwykle bogatym doświadczeniem. Ta cisza, która nastała, gdy zaczęłam czytać, te wpatrujące się we mnie oczy zdradzające ciekawość, co wydarzy się za chwile, te cudowne rozmowy o książkach, o życiu i, co rozczuliło mnie do granic możliwości, prośby bym przyszła znów, dają takiego energetycznego kopa, że nic, tylko spakować książkę i iść tam znów. 








A kolejne wizyty mam już wpisane w kalendarz. W planach także czytanie na czekanie pacjentom w kolejkach, do czego, jak pamiętacie, was też namawiam.





Zrealizowano w ramach Stypendium Kulturalnego Miasta Elbląg

Zrealizowano w ramach Stypendium Kulturalnego Miasta Elbląg



piątek, 26 maja 2017

Raz, dwa, trzy - czytasz Ty, czyli wspieram happening czytelniczy

Trwa Bałtycki Festiwal Nauki (od 24 do 28 maja). Wydarzenie z założenia ma przybliżyć mieszkańcom Pomorza tematykę badań naukowych prowadzonych w regionie i pokazanie od kuchni pracę ośrodków naukowych i uczelni. W tym celu organizowane są pikniki naukowe, warsztaty, konkursy, dyskusje i wykłady. Placówki otwierają się dla młodych ludzi i w atrakcyjny sposób przekazują pasję do danej dziedziny.

W ramach Festiwalu Wydział Filologiczny Uniwersytetu Gdańskiego przygotował happening czytelniczy pn. "Raz, dwa, trzy - czytasz Ty". I dziwnym trafem ;) zostałam poproszona o współpracę przy jego organizacji.

Happening przyjął formę konkursu, a nawet mini gry terenowej (bardzo mini, bo całość odbyła się na patio wydziału). Pomysł już był, ale dorzuciłam swoje trzy grosze: opracowałam trasy, przygotowałam karty gracza i jedno ze stanowisk - czółko literackie.
Uczniowie, podzieleni na grupy musieli zdobywać kolejne stacje i wykonywać różne zadania: odpowiadać na pytania literackie i językowe, grać w kalambury, czółko, a nawet ułożyć fragment piosenki. Wszystko oczywiście było związane z książkami i czytaniem. Mam nadzieję, że młodzież bawiła się dobrze, bo ja tak. Szczególnie, kiedy wymyślone przeze mnie hasła sprawiały im trudność...

Na placu boju stawiłam się z najlepszymi pomocniczkami świata - moimi córeczkami. Łucja stawiała pieczątki na kartach, a Oliwia rozbrajała wszystkich swoją słodyczą ;) 

Dziękuję cudnym kobietom Joli i Zosi - wykładowczyniom z UG, które zaprosiły mnie do zabawy. Polecam się na przyszłość.

I tak tylko przypomnę, że jakbyście potrzebowali pomocy przy organizacji wydarzenia literackiego (od prowadzenia spotkań autorskich poprzez konferansjerkę po napisanie scenariusza gry miejskiej), osoby do poprowadzenia warsztatów czytelniczych/literackich/dziennikarskich, czy coś, to jestem do usług - na telefon albo mejla.















wtorek, 23 maja 2017

Gadżety mola książkowego: kolczyki w kształcie książki




Ja wiem, że poprzedni wpis z cyklu był zaledwie kilka dni temu, ale nie mogłam patrzeć na ten w kopiach roboczych. Po prostu muszę się pochwalić. Mój najnowszy książkowy gadżet do kolekcji zdobyłam podczas Warszawskich Targów Książki. W relacji pisałam o tym, jakie wrażenie zrobiło na mnie stoisko Ksiażkoholicy.pl. Mieli tam tyle dobra...


poniedziałek, 22 maja 2017

Mój warszawski sen

Pobudka o 4.30 i w drogę. Dwadzieścia sześć godzin na nogach, z przerwami na niespokojny sen w trudnej do opisania pozycji w drodze powrotnej autobusem. Jogurt z tubki na śniadanie, kanapka i jabłko na obiad. Piechotą pokonałam kilka kilometrów, kręcąc się w kółko i wciąż wracając do tego samego miejsca. Szłam objuczona ciężkim plecakiem i torbami, idąc pod prąd lub popychana przez tłum znajdujący się za mną. Brzmi koszmarnie? W żadnym razie. Byłam w raju! Byłam na Warszawskich Targach Książki.






Tyle się działo, że gdybym była tam przez cztery dni, temat targów zdominowałby mój blog na kilka tygodni. Skoro odwiedziłam je tylko w sobotę, postaram się upchać wszystkie wrażenia w jednym poście. Ale uwaga będzie z rzędu najdłuższych postów ever.


piątek, 19 maja 2017

Apostrof. Międzynarodowy Festiwal Literatury || Dzień trzeci w Gdańsku





Czwartek (18.05) w Gdańsku w ramach Apostrofu to spotkanie z Charlotte Link, autorką książek kryminalnych, nazywaną też niemiecką królową tegoż gatunku. W komentarzu pod postem dotyczącym poprzedniego spotkania śmiałam się, że w ramach tego festiwalu trafiam na spotkania z autorami,  których jeszcze nie czytałam. Choć uwielbiam kryminały, pozycje tej pisarki są dopiero na mojej liście "do przeczytania".

Z wczorajszego spotkania wywnioskowałam jednak, że znajdę w jej książkach to, czego tak naprawdę szukam w kryminałach, czyli wątki obyczajowo-psychologiczne. Zapytana przez prowadzącą skąd jej zdaniem taka popularność kryminałów i czemu wzięła się właśnie za ten, odpowiedziała, że sama najbardziej lubi czytać kryminały, a w jej książkach to znalezienie mordercy jest najważniejsze.

środa, 17 maja 2017

Apostrof. Międzynarodowy Festiwal Literatury || Dzień drugi w Gdańsku



Gościem drugiego dnia (wtorek 16.05) Apostrofu w Gdańsku był doskonale znany fanom fantastyki, Jakub Ćwiek. Publiczność zgoła inna niż w poniedziałek, bynajmniej nie ubrana w czereśnie.  Tym razem królowały trampki, skóry i przetarte dżinsy. Ale może lepiej zanim mój blog stanie się modowym, przejdę do opisu spotkania.

wtorek, 16 maja 2017

Apostrof. Międzynarodowy Festiwal Literatury || Dzień pierwszy w Gdańsku.



Źródło: www.empik.com


Ruszył Apostrof. Międzynarodowy Festiwal Literatury organizowany przez sieć salonów Empik.  Przez tydzień w ramach wydarzenia w siedmiu miastach Polski odbywać się spotkania autorskie i inne działania związane z szeroko pojętą literaturą. Najwięcej dzieje się oczywiście w Warszawie, ale  program w pozostałych miejscowościach jest równie ciekawy.

poniedziałek, 15 maja 2017

To, co czytam: Boginie z Žitkowej, Kateřina Tučková



"Boginie" przywiozłam ze sobą z Targów Książki w Krakowie i dopiero teraz dane było mi je przeczytać. A że musiałam to zrobić, to nie ulega wątpliwości. Czarownice, szeptuchy, boginie. To mój ukochany motyw w literaturze.


sobota, 13 maja 2017

Gadżety mola książkowego: przypinki



Kiedy byłam mała lubiłam szperać w szkatułkach z biżuterią mamy, babć i cioć. Obok długich korali i błyszczących kolczyków moją szczególną uwagę przykuły broszki. Wydawało mi się, że są symbolem elegancji i dorosłości, że jak będę duża, to też będę mogła takie nosić. Do dziś mam też przed oczami Marylę z „Ani z Zielonego Wzgórza” z broszką pod szyją.
Tyle ze wspomnień. Dorosłość osiągnięta, i co? Biegam jak wariatka z „broszkami”, którym do eleganckiej biżuterii daleko. Plastikowo-metalowe, nie mające nic wspólnego z unikalnością, bo produkowane często w ilościach masowych. A i tak jest lans. Poza tym, w chwili obecnej broszka stała się zdecydowanie zbyt polityczna, więc odłóżmy ją na bok i weźmy się za przypinki zwane też badzikami.


Co to jest przypinka, czym jest badzik


Zanim wyrażę swój zachwyt, wyrażę swoje ubolewanie. Możecie sobie wyobrazić, jak ciężko w internecie znaleźć treści o przypinkach? Na przykład historię, socjologiczne uwarunkowania posiadania lub choćby definicję. Wujek Google podzielił się jedynie linkami do agencji reklamowych, które przypinki produkują. A kiedy zapytałam czym jest badzik, powiedział, że mogę sobie co najwyżej przeczytać czym jest goździk. WTF? Jestem zbulwersowana. Tak zacny gadżet zasługuje na swoje miejsce w sieci.
Nie dużo lepiej jest w słowniku PWN. Tam znalazłam definicję przypinki, choć nieco przedpotopową. Zresztą etymologia tego słowa nie jest zbyt skomplikowana. Przypinka jest do przypinania. Z badzikiem jest już gorzej. Na moje zapytanie słownik protekcjonalnie odpowiedział pytaniem: „Czy chodziło Ci o: budzik, dzadziki, gadzik, sadzik, Tadzik?" Nie, ale dzięki temu dowiedziałam się, że sos tzatziki można wymawiać „dzadziki”. Trzeba jednak uważać, by sobie przy tym nie połamać języka.

Nieśmiertelny gadżet. Pokaż mi swój badzik, a powiem ci kim jesteś


Oprócz biżuterii w szkatułce mamy, z dzieciństwa pamiętam też starszych uczniów w szkole. Chodzili z zielonymi plecakami kostkami – całymi w naszywkach i przypinkach. To właśnie z subkulturą punków zawsze kojarzył mi się ten gadżet. Co było dobrym tropem, bo po wpisaniu w wyszukiwarkę frazy „punk musi mieć przypinkę” trafiłam na fora, gdzie ktoś również zastanawiał się na etymologią słowa badzik. Więc jeśli jesteście ciekawi czemu badzik jest badzikiem (słownik oczywiście mi to teraz podkreśla), śpieszę z wyjaśnieniem: to spolszczenie i zdrobnienie zarazem angielskiego słowa bagde, które oznacza plakietkę, odznakę, emblemat, identyfikator.

Jednak nie dlatego mówię o subkulturach. Definicja i etymologia za nami, przejdźmy więc do socjologicznych uwarunkowań. Ostatnio przypinki to popularny gadżet. Chodząca reklama firmy, ciekawa pamiątka ze studniówki lub wesela lub nietypowy bilet wstępu na imprezę, coś jak stempel. Do noszenia na ubraniach, plecaku, piórniku. Ale to też – jeśli nie przede wszystkim - swego rodzaju deklaracja przynależności. Bo jak reagujesz, kiedy zobaczysz na ulicy kogoś z przypinką „Kocham czytać”? Od razu się buzia śmieje, prawda? Tak samo, kiedy widzimy ludzi czytających w miejscach publicznych. Widzisz kogoś z książkowym badzikiem i od razu myślisz: trafił swój na swego, ciekawe co teraz czyta, wow, on/a też był/a na Targach itp.  Przekopanie sieci pod tym względem doprowadziło mnie też do Zwierza Popkulturalnego i wpisu o przypinkach fandomowych, polecam.
A jeśli chcecie wiedzieć dlaczego w ogóle kochamy gadżety książkowe, to bądźcie cierpliwi, taki wpis u mnie się pojawi. I będzie nawet podparty naukowo ;)

Przypinka - gadżet mola książkowego


Jak na zdeklarowaną książkową gadżeciarę mam ich oszołamiająco mało, ale albo moja miłość do przypinek jest stosunkowo młoda albo jednak nie na ich każdej imprezie literackiej są albo coś mnie na tym wydarzeniu zafascynowało tak, że zapomniałam o wyhaczeniu badzików. Zazwyczaj jednak jak je widzę, to biorę/kupuję, a na Oliwskim Święcie Książki w Gdańsku za wrzut do skarbonki mogłam ją sobie zrobić sama. Łucja też. Fenomenalnie!








Mój absolutny numer jeden to pamiątka po Krakowskich Targach Książki od Poczty Książkowej. Czarownica, która lubi czytać. Czyli ja.





Przygarnęłam też kilka przypinek z Rodzinnego Pikniku w Bibliotece Elbląskiej, połączonego z Narodowym Czytaniem w zeszłym roku. Pracownicy przygotowali dla odwiedzających serię badzików z logo biblioteki i książkowymi hasłami: Kto czyta nie błądzi; Book, humor, ojczyzna; Czy tu czytam i Czytanie nie tuczy





Mam też przypinkę akcji "Olsztyn czyta" czy Stowarzyszenia Alternatywni, które jak wiemy działa literacko. Zgubiłam pamiątkę z Warszawskich Targów Książki z 2012 roku, badzika "Lubimy czytać" :(


A Wy? Macie przypinki, badziki, buttony, pinsy, plakietki (tyle synonimów ;) )

Lubicie je? I pytanie podkradzione z punkowego forum: gubią się?


czwartek, 11 maja 2017

Superbohaterka szuka pomocników!

Batman ma Robina, a Wolumina potrzebuje Was. Nadszedł czas ratowania ludzi przed nudą. Woluminy ruszają na podbój sieci, a stamtąd do miast i miasteczek. Już niebawem nastąpi inwazja pogromców nudy. A wszystko zaczęło się tak:

Tak jak Wy uwielbiam czytać. Książki i wszystko, co z nimi związane to moja pasja. To dzięki niej powstała moja autorska akcja promująca czytelnictwo – Woluminy. Głos książki.

Pomysł na nią to wynik dwóch obserwacji.

Pierwsza to fakt, że projekty promujące czytelnictwo najczęściej trafiają do osób, które czytać już lubią. To oni przychodzą na wydarzenia literackie, targi książki, spotkania autorskie, zapisują się na warsztaty, wypożyczają i kupują książki. Oni są już przekonani.

Druga rzecz, to sytuacja, która mi się przytrafiła, kiedy czekałam z córeczką w naprawdę długiej kolejce u lekarza, gdy akurat nie wzięłam książki. Wtedy mogłam zaobserwować znudzone dzieci i zniecierpliwionych rodziców. I pomyślałam sobie, że gdybym miała jednak tę książkę mogłabym poczytać wszystkim i umilić im czekanie.

I nagle: Eureka! Czytanie innym na głos w miejscach publicznych będzie rozwiązaniem obu problemów. Uratuje ludzi przed nudą i pomoże dotrzeć do tych, którzy jeszcze nie wiedzą jak wspaniałą formą rozrywki jest książka. Pokaże też, że brak czasu nie jest dobrą wymówką nieczytania. Ileż go spędzamy w kolejkach, na przystankach, w autobusach, czyli czekając, nudząc się, niecierpliwiąc? Gdyby książka mogła mówić, powiedziałaby, że czytać można zawsze i wszędzie. Dlatego powołałam do życia "Woluminy. Głos książki".

Na potrzeby akcji stworzyłam i wcielam się w postać Superbohaterki Woluminy, która ratuje świat przed nudą i negatywnymi emocjami związanymi z czekaniem. Mam pelerynę i (czasem) okulary, moim rekwizytem jest megafon, a bronią oczywiście KSIĄŻKA! Moimi pierwszymi pomocniczkami zostały moje córeczki ;) (więcej tutaj - KLIK).

Fot. Wiesław Leszczyński

Moje pierwsze działania to warsztaty dla dzieci (z podtekstem dla rodziców) i spontaniczne akcje głośnego czytania, np. w przychodni, parku czy pociągu. Chciałam jednak rozszerzyć zakres działań, dlatego złożyłam wniosek na Stypendium Kulturalne Miasta Elbląga. I szczęśliwie zostałam jego laureatką.

W ramach tego wyróżnienia planuję przeprowadzić kilka wydarzeń dla elblążan, w tym: czytanie pacjentom szpitala miejskiego, organizację spaceru literackiego tropem książki elblążanki Agnieszki Pietrzyk, zajęcia dla dzieci i (przede wszystkim) rodziców, a także szereg pojedynczych akcji głośnego czytania w miejscach publicznych.

Równocześnie do moich działań w świecie rzeczywistym, chciałabym ruszyć w sieci, a poprzez nią zadziałać fizycznie w innych miejscowościach. Być tam, gdzie mnie nie ma. Choć nad tym pracuję, teleportacji jeszcze nie opanowałam, dlatego potrzebuję Waszej pomocy. Pomóżcie mi przekonać nieprzekonanych do książki. Poczytajcie im razem ze mną.  Zostańcie pogromcami nudy!

Zapraszam do udziału czytelników oraz książkowych blogerów, vlogerów i influencerów. Zachęcam do przyłączania się także autorów, wydawnictwa, portale książkowe i księgarnie.


 Zróbmy hałas. Czytajmy na głos! 

Jeśli zdecydujesz się zostać Ambasadorem akcji, na jej potrzeby nazwanym Pomocnikiem lub wesprzeć akcję w inny sposób napisz do mnie na:
szufladopolka@gmail.com
 





...


Zrealizowano w ramach Stypendium Kulturalnego Miasta Elbląg

Zrealizowano w ramach Stypendium Kulturalnego Miasta Elbląg
 

poniedziałek, 8 maja 2017

To, co czytam: Florystka, Katarzyna Bonda

 "Wszyscy jesteśmy ofiarami ofiar."

Katarzyna Bonda mówi, że kiedy pisze jest w transie, nie istnieje dla niej świat, bo pochłania ją rzeczywistość, którą tworzy. A tworzy ją nad wyraz skrupulatnie, z dbałością o każdy detal. Choć dawno porzuciła pracę w mediach nie da się nie zauważyć w jej książkach dziennikarskiego zacięcia, tej konieczności wyszukania informacji, drążenia i ugryzienia tematu z każdej możliwej strony. Dodatkowo, jej fikcyjny świat inspirowany jest prawdziwymi wydarzeniami. Można powiedzieć, że stworzyła własny gatunek plasujący się gdzieś pomiędzy kryminałem, powieścią obyczajową, thrillerem psychologicznym a literaturą faktu. Taka właśnie jest "Florystka".


Fabuła:

Hubert Meyer popełnił błąd w profilu i porzucił pracę w policji. Stary przyjaciel prosi go o pomoc w przesłuchaniu młodej kobiety, w związku z zaginięciem jej 9-letniej córki. Policjanci próbują łączyć tę sprawę z bestialskim zabójstwem 11-letniego Amadeusza, którego matka jest szanowaną w mieście florystką. Okazuje się, że była ona ostatnią osobą, która widziała Zosię żywą.

Florystka początkowo pomaga w poszukiwaniach, ale gdy ciało dziecka odnajduje się na tym samym cmentarzu, gdzie pochowano Amadeusza, staje się główną podejrzaną.

opis za wydawcą




Opinia:

"Florystka" to książka o nieszczęśliwych kobietach. Bonda odmieniła tragiczną bohaterkę przez wszystkie przypadki. Jest niekochana żona, znienawidzona synowa, odrzucona kochanka, zaniedbana córka, osierocona matka, niespełniona artystka; wreszcie kobieta, żyjąca w świecie zdominowanym przez mężczyzn, na każdym kroku musząca udowadniać, że jest równie zdolna i wartościowa. Współczucie i poczucie niesprawiedliwości to uczucia jakie towarzyszyły mi niemal przez całą lekturę. "Florystka" to symbol uciemiężonej kobiety. Całe zło, jakie tu się wydarzyło było konsekwencją nieszczęścia, które dotknęło każdą z bohaterek. Ludzie różnie radzą sobie z traumami, wypierają je, przezwyciężają lub mszczą. Nie zawsze na właściwym sprawcy...

 "Wszyscy jesteśmy ofiarami ofiar."

"Nie można się na nikim mścić. Co byś zrobiła, gdyby kopnął cię koń? Oddałabyś mu?"


"Nie wystarczy przebrać się za kogoś innego, obciąć włosy, by zmienić tożsamość. Dotychczasowe problemy pozostają, nie da się od nich uciec."


Intryga kryminalna była interesująco skonstruowana i dobrze przemyślana przez autorkę, ale nie grała tu pierwszych skrzypiec. Czytelnik, choć ciekawy, co spotkało małą Zosię, bardziej chce poznać prawdę o Florystce. To owiane tajemnicą i mrokiem życie osieroconej matki sprawia, że przekładamy kolejne strony. Mimo że książka kończy serię z proliferem Huberem Meyerem w roli głównej, w tej części jego postać jest zdecydowanie przyćmiona przez Aleksandrę Jakiel, tytułową Florystkę. Wątki z życia policyjnego psychologa są oczywiście zaznaczone. Nie brakuje mu nawet problemów, ciągnie się za nim smród źle rozwiązanej sprawy i nawet w miejscu, gdzie ukrył się przed światem znajdą się tacy, którzy nie życzą mu dobrze. Ale jego problemy wydają się być nieistotne, malutkie, przedstawione jako kontrast do prawdziwych zmartwień.


"Wszystko jest emocją, bo wszystko to energia. To dlatego nasze myślenie warunkuje rzeczy, które do nas przychodzą. Jeżeli ma pani złe myśli, przyciąga pani złe zdarzenia. Złych ludzi, zło. A czym jest zło? Brakiem dobra. Brakiem dobrych emocji."


To czytał Bondę, zna jej styl. Nazwałabym go mieszanym. Z jednej strony proste zdania i lekki język, z drugiej rozległe opisy, analizy, retrospekcje i retardacje. Takie połączenie może dać tylko jeden efekt.  Sześciusetstronicową cegłę, którą czyta się zadziwiająco dobrze. Bywały momenty, kiedy raczej skanowałam tekst niż pochłaniałam każde słowo, ale ostatecznie historie Florystyki i innych kobiet były tak wciągające, że nie dało się tak po prostu przerwać czytania.

"Rzecz chyba w tym, że potrzebujemy wyjaśnień. Chcemy wiedzieć, co się dzieje i dlaczego. Tak budujemy iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa. To dlatego wymyślamy sobie pewne pojęcia, bez których trudno wyobrazić sobie cywilizację: sprawiedliwość, dobro, zło. A wystarczy po prostu żyć. Jutra nie ma, wczoraj nie istnieje. Jest tylko to, co teraz."

Podsumowując, gdybym miała oceniać książkę tylko przez pryzmat wątku kryminalnego, oceniłabym ją jako przeciętną. Jednak Katarzyna Bonda pozwoliła mi wejść w umysł i duszę bohaterów, co było niezapomnianym przeżyciem i za co jej dziękuję.



Ocen tradycyjna 8/10
Moja ocena: półka

  

niedziela, 7 maja 2017

O czym się nie mówi - wyniki konkursu!

Mam dla Was wyniki konkursu, w którym do wygrania była książka Izabeli Chojnackiej "O czym się nie mówi". Fakt, konkurs trochę się przedłużył, ale zależało by utrudnić zadanie komisji, to jest autorce i sobie samej w wybieraniu najciekawszej odpowiedzi. Termin miął wraz z długim weekendem majowym, teraz czas na ogłoszenie wyników.

Przypomnę jeszcze zadanie konkursowe, które brzmiało tak:

O czym Waszym zdaniem się nie mówi (a powinno) lub mówi za mało w kwestiach związanych z nastolatkami? Na co powinni zwracać większą uwagę rodzice, nauczyciele, może media? Co was gryzie, zastanawia, martwi? Powiedzcie mi to, o czym się nie mówi.




Książkę z osobliwą ;) dedykacją autorki otrzyma Akary za odpowiedź:

"jestem już zdecydowanie podstarzałą nastolatką, ale właśnie z perspektywy wielu lat później mam refleksję. warto w ogóle rozmawiać, o czymkolwiek, o życiu, o codzienności, zadawać pytania, czasem podpuszczać, prowokować ale wywoływać interakcję. najbardziej cenna jest spontaniczna rozmowa i poczucie, że będzie się wysłuchanym i akceptowanym nadal pomimo poglądów, które być może nie są poprawne. a to co chciałabym usłyszeć od dorosłych jako nastolatka, to rada, by nie spieszyć się z dorosłością, tylko czerpać garściami z młodości doświadczenia wszelkie i szukać swojej drogi w życiu próbując i smakując z różnych talerzyków, bo potem jakoś dziwnie robi się za późno :) "
Akary gratuluję i czekam na wiadomość z adresem. Wszystkim dziękuję za udział.

piątek, 5 maja 2017

Szufladopolka.pl - blog promotorki czytelnictwa

Nie wiem czy zwróciliście uwagę wchodząc tu, ale ten, no..., zmienił się adres. ;)
W końcu doczekałam się własnej domeny, dojrzałam do niej i cieszę się jak dziecko ;) 
Chciałam więc Was oficjalnie przywitać na 

Szufladopółka.pl

BLOGU PROMOTORKI CZYTELNICTWA


Mniemam (i tak podpowiadają statystyki), że wchodzicie tu z linków na FB, listy blogów itp., ale jakby ktoś jednak wpisywał adres ręcznie to oczywiście stary będzie działał i przekierowywał na obecny. Zostaję na blogerze, bo dobrze i wygodnie mi tutaj. Tylko logo chyba trzeba będzie dopasować do sloganu, który jakoś tak się urodził... ;) A już niebawem internetowa odsłona akcji Woluminy. Głos książki. Sprawdzajcie skrzynki, może znajdziecie tam zaproszenie... ;)



Dziękuję, że jesteście i zostańcie na dłużej!

czwartek, 4 maja 2017

To, co czytam: Grzech, Nina Majewska-Brown


    „Jej jedynym wrogiem był grzech, a nie człowiek” s. 229


Grzech – pojęcie kojarzone głównie z religią, rozumiane jako zerwanie z panującymi wewnątrz niej normami. Używane również w mowie potocznej, po prostu jako synonim złego uczynku. Chrześcijanie mogą go odpokutować. Ale czy w życiu codziennym nasze winy względem innych są tak łatwo odpuszczane?

Ola wyjeżdża na wakacje, by rozprawić się z demonami przeszłości. Wioska, do której przybywa, mimo że leży nad jeziorem, daleka jest od bycia sielską i anielską. Najpierw martwe koty na płocie sołtysa, potem równie tajemniczy incydent w tutejszym kościele. Ktoś zakleja drzwi i okna, uniemożliwiając wejście do świątyni; aż w końcu morderstwo. Czy sprawy się wiążą i czy chęć rozwikłania tajemnicy z przeszłości będzie silniejsza od zdrowego rozsądku i konieczności zadbania o bezpieczeństwo swoje i nastoletniej córki? I wreszcie, czy wystarczy żałować za grzechy, by zostały nam odpuszczone? A może jednak trzeba za nie słono zapłacić?

To nie jest kryminał z wątkiem obyczajowym w tle. To przede wszystkim powieść obyczajowa, nieco doprawiona kryminałem. Intryga doprawdy ciekawa, ale wieś, w której dochodzi do zbrodni i jej mieszkańcy, są dużo bardziej wciągającym tematem. I niezwykle złożonym.
Jest lokalna gwiazda i plotkujące kobiety, wiedzące lepiej niż inni. Są wiejscy pijaczkowie i ksiądz, który jak coś powie, to już powie i jego zdanie jest święte. Choćby sensu nie miało. Trzeba przyznać, że społeczność małej miejscowości przedstawiona jest nieco stereotypowo, jednak autorka nadrabia to warsztatem.

    „- Czy ksiądz kogoś podejrzewa?
    – Nie, niestety nie. To dzieło szatana. Szaleńca, który słucha podszeptów złego.” s. 78

    „Tak sobie myślę, że ksiądz nie chciał ochrzcić tego małego od Marciniaków, bo matka niby po rozwodzie, to może Marciniak to zrobił” s. 80


Nina Majewska – Brown ma świetny, podszyty ironią styl. Pojawiające się w opisach, dialogach
i przemyśleniach bohaterów żart, sarkazm czy riposta świadczą o tym, że autorka jest świetną obserwatorką rzeczywistości i zgrabnie przemyca spostrzeżenia na karty książki. Stosuje również trafne i zabawne porównania, choć momentami zdarzało jej się przedobrzyć. Bywały momenty, w których wszystko było jak „coś tam” lub porównania były naciągane. Jednak to raczej incydentalne przypadki, które nie przeszkadzają w odbiorze całości.

Zdecydowanie rzuca się w oczy dość rzadko używany na co dzień przymiotnik – rachityczny. Pojawiał się w „Grzechu” kilkakrotnie. Widać autorka polubiła to określenie.

Książka pisana jest z dwóch perspektyw – w narracji pierwszoosobowej, kiedy swój punkt widzenia przedstawia Ola i trzecioosobowej, opisującej pozostałe wydarzenia. Zamienna narracja nie była uciążliwa, raczej dodawała dynamizmu, choć czasem dokuczliwe były przeskoki czasowe.

A jak przedstawia się kwestia bohaterów? Niektórzy wykreowani są naprawdę dobrze, nawet jeśli szablonowo. Szczególnie wspomniana na początku lokalna gwiazda. Sołtysówna Joanna, płytka dziewucha bez ambicji, z tandetnym stylem ubierania się. Na zmianę wzbudza pogardę i współczucie.

Intrygującą osobą jest także Laura Żytko. Ekspedientka jednego z nielicznych sklepów we wsi. Była w samym centrum wiejskiej społeczności i dziejących się tam wydarzeń. Na przekór temu, całkowicie odstawała od ludzi, których interesowało jedynie to, co wydarzyło się u sąsiada za płotem. Z kolei niebywale irytująca była jej matka, Teresa. To postać z rzędu tych, które sprawiają, że chce się wejść do książki i nimi potrząsnąć. Niewdzięczna egoistka, dewotka, która do kościoła biegała głównie po to, by poplotkować i wytknąć innym grzechy, których ona „oczywiście” nie miała.

    „Była typem kobiety, która wciąż czyha na sytuację, w której mogłaby się wściec albo zrobić awanturę. Żyła od kłopotu do problemu, od obawy do paniki, pociągając za sobą w mroczne otchłanie najbliższych, odbierając im jasne perspektywy i radość.” s. 118

Natomiast główna bohaterka, a momentami narratorka, Aleksandra, sprawia wrażenie zwykłej kobiety po przejściach. Zostawił ją mąż, córka przechodzi bunt, a ona zostaje z tym sama. Do tego ma jeszcze tajemnicę, która nie daje jej spać po nocach. Grzech, który musi odpokutować. Niestety, jak na główną postać była zbyt przeciętna. Nadrabiała co prawda wspomnianą ironią w przemyśleniach i monologach, ale sprawiała wrażenie mocnej tylko w gębie. W działaniu nie była już tak charakterna, co rozczarowywało.

Duży plus za zakończenie z prawdziwego zdarzenia. Na rozwiązanie zagadki trzeba było czekać naprawdę do ostatniej strony, co potęgowało przyjemność czytania. Żadnych zbędnych epilogów, fałszywych tropów tuż przed finałem. Dobry koniec. I koniec.


Ocena tradycyjna 6/10
Moja ocena: półka

Recenzja napisana dla Polacy nie gęsi i swoich autorów mają. Dziękuję za egzemplarz  ;)