sobota, 11 listopada 2017

To, co czytam: Dwa oblicza, Agnieszka Bednarska [recenzja przedpremierowa]

"Oto Dwa Oblicza (...) Jeśli chcesz zrozumieć tę nazwę, zapamiętaj, co widzisz, bo z drugiej strony zobaczysz coś zupełnie innego." s. 20.




Błąd. To słowo pełne negatywnych emocji. Przeraża. Kojarzy się z porażką, stratą, zaprzepaszczeniem szansy. Nie lubimy  popełniać błędów, wystrzegamy się ich, choć kiedyś ktoś mądrze powiedział, że człowiek uczy się na błędach. Ale na swoich. Cudze błędy nie mają daru przekonywania.
O książce:

Kiedy pod koniec życia nadchodzi czas podsumowań, nie każdy jest gotów zaakceptować ich wynik. Malwina nie potrafi pogodzić się z przeszłością. Chciałaby dostać kolejną szansę, ale wie, że dla niej na zmiany  jest już za późno. Świat jednak pełen jest innych kobiet. Potrzebujących, zagubionych, na życiowym zakręcie, których życie wciąż można jeszcze naprawić! A Malwina nie spocznie, póki nie uczyni ich szczęśliwymi, chroniąc przed błędami, jakie sama popełniła.

Jak daleko można się posunąć w budowaniu czyjegoś życia? I co kryje się za potrzebą uszczęśliwienia innych? Czy jeśli nie można zaufać nikomu innemu, powinno się ufać miłej, starszej pani?

Mury zrujnowanego szpitala na wzgórzu skrywają tajemnice ze świata żywych i tych, co już odeszli. Każdy, kto przestąpi jego próg, będzie musiał zapłacić cenę, na jaką najczęściej nie jest gotowy.

                                                                                                             opis za wydawcą, Zaklęty Papier




Taką zagubioną kobietą jest Sonia. Dziewczyna młodo zaszła w ciąże, z chłopakiem, który okazał się przestępcą i trafił do więzienia. Jej świat wywraca się do góry nogami, musi rzucić studia, a matka i ojczym zamierzają oddać jej dziecko do adopcji. A właściwie sprzedać pewnej niemieckiej parze. Dlatego Sonia wychodzi pewnej nocy z domu i wsiada w pierwszy lepszy pociąg w poszukiwaniu lepszego życia dla siebie i córeczki. W poszukiwaniu nadziei, którą znalazła. Na imię jej Malwina.

"W tym wieku - powiedziała, myśląc o Soni - podejmuje się zazwyczaj złe decyzje, a potem dźwiga się ich konsekwencje (...) aby uchronić ją przed tym błędem, sama podjęłam decyzję"
s. 59.

Ale troskliwość starszej pani to pozory. Malwina jest rozgoryczona. Ma żal do życia i do siebie. Nie może sobie wybaczyć  naiwności młodzieńczych lat. Pragnie ratować innych przed powtórzeniem jej błędów. Wierzy, że tylko w ten sposób odzyska spokój. Cudze szczęście ma być jej szczęściem, a ich sukces jej prywatną zemstą na losie, który okazał się dla niej niesprawiedliwy i na tych, którzy ją zranili.  Musi tylko wszystko odpowiednio zorganizować, zaplanować, pokładać.  I robi to z coraz większym zaangażowaniem, determinacją, aż wreszcie obsesją. 

"Bycie dobrą matką to najtrudniejsze ze wszystkich wyzwań, 
trudniejsze nawet od bycia dobrą żoną" s. 23

Możliwe, że niektórych kusi, by przestrzec innych przed błędami, które sami popełnili. I z pewnością kierują nimi dobre intencje. Ale wiecie co wam powiem? Nie da się. Nawet nie dlatego, że ostrzegani nie chcą słuchać "dobrych" rad, ale dlatego, że się nie powinno. Czasem po prostu trzeba pozwolić ludziom na własne błędy i wyciąganie z nich lekcji. Szczególnie tyczy się to rodziców, którzy powinni odpowiedzieć sobie na pytanie czy naprawdę pragną dobra dziecka czy realizują własne, niespełnione marzenia i czy nie kieruje nimi chora ambicja. Silna potrzebna kontroli jest zgubna, głównie dlatego że kiedy ją stracimy pojawi się frustracja.

"Wszystko na świecie dzieje się do czasu" s. 22

Agnieszka Bednarska znowu to zrobiła. Zbudowała ten tajemniczy klimat na pograniczu jawy i snu., niesamowicie wciągając w historię, przekazując jednocześnie mnóstwo wartości. Zwraca uwagę na to jak łatwo można się zagubić. Podobnie, jak podczas lektury genialnego "Płaczącego chłopca", towarzyszył mi ciągły niepokój. Czytelnik czuje, że coś jest nie tak i tylko czeka aż się ujawni, uderzy, aż wydarzy się coś tragicznego. I tak się dzieje, ale niepotrzebne są tu żadne fajerwerki, czy krwawe sceny. Tu najbardziej wstrząsające są ludzkie zachowania i ich doświadczenia. 

Bohaterzy "Dwóch oblicz" to nie tylko Malwina i Sonia, choć te oczywiście były najwyraźniej wyeksponowane. Sonia - uprzejma, niewinna, choć czasami drażniła swą naiwnością i Malwina, która wywoływała skrajne emocje - raz współczucie, raz odrazę. Raz była doświadczoną przez los nieszczęsną staruszką, by zaraz potem zamienić się w wyrachowaną manipulantkę. Ale jest też milcząca Inka, nieco wycofany syn Malwiny, Artur i kilka innych osób wyłaniających się z kolejnych kart książki. I wszyscy mają bardzo złożoną osobowość, każdy z ogromnym bagażem doświadczeń, ze swoimi błędami, ale i z prawem do szczęścia, które skutecznie ich omijało.

Dostrzegłam jeszcze jedno podobieństwo do "Płaczącego chłopca" - przenikanie się gatunków dramatu obyczajowego z grozą. I tak jak w tamtym przypadku autorka zachowała klasę. Stary, opuszczony dom, a właściwie szpital, cmentarz na jego terenie i niestabilna emocjonalnie staruszka. Tak łatwo można było zrobić z tego horror klasy B. Ale tu nie ma miejsca na kicz. Całość dopełniał piękny, niemal poetycki styl, choć bez zbyt wyszukanych form - dzięki czemu książkę czytało się lekko, ale z poczuciem, że mamy przed sobą kawał dobrej literatury.

"Dwa oblicza" to książka o ludziach, o ich marzeniach i umiejętności radzenia sobie z problemami, godzenia się z przeszłością. A to, jak wiemy nie jest łatwe. Jednak konieczne, jeśli nie chcemy umrzeć za życia.

Tytuł: Dwa Oblicza
Autor:Agnieszka Bednarska
Wydawnictwo: Zaklęty Papier
Premiera: 20 listopada2017

Ocena tradycyjna: 10/10
Moja ocena: wyższa półka

Za przedpremierowy egzemplarz i cudną wysyłkę dziękuję Wydawnictwu Zaklęty Papier.



Książkę dla mnie zapakował Szaman ;)








sobota, 4 listopada 2017

To, co czytam: Stulatek,który wyskoczył przez okno i zniknął; Jonas Jonasson





Tuż po lekturze "Stulatka..." trafiłam na Facebooku na popularną książkową zabawę...

http://demotywatory.pl/4749802/Zamaskowani-ludzie-porywaja-cie-dla-okupu-Na-ratunek-wyruszaja

I od razu wiedziałam, że jestem uratowana. No bo taka ekipa mi się trafiła: Stulatek budujący bomby, wieczny student abstynent, jego brat oszust sprzedający pompowane wodą arbuzy, głupi jak but przyrodni brat Einsteina, szef grupy przestępczej, klnąca jak szewc Ślicznotka i jej słoń. Do tego policjant i i kilku przywódców państw. To właśnie zestaw bohaterów, w których w swojej książce upchał...

Właśnie minęło dziesięć dekad nadzwyczaj bogatego w wydarzenia życia Allana Karlssona. Problem tylko w tym, że zdrowie nie odmawia posłuszeństwa i wygląda na to, że wielka feta z okazji setnych urodzin będzie musiała się odbyć w domu spokojnej starości. Jednak człowiek, który jadł kolację z przyszłym prezydentem Trumanem, leciał samolotem z premierem Churchilem, pił wódkę ze Stalinem i zaznajomił się z Mao Zedongiem, nie może tak po prostu zdmuchnąć świeczek na torcie. Wymyka się przez okno i rusza w swą ostatnią życiową podróż... 

opis za wydawcą
 

"Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" to typowa komedia omyłek, w której absurd przekracza wszelką granicę. Główny bohater, Allan Karlson od razu skojarzył mi się z Forestem Gumpem. Za każdym razem, nie wiedzieć czemu, trafiał w sam środek wielkich wydarzeń. Rzeczywiście nic dziwnego, że  przyjęcie w domu opieki w towarzystwie znienawidzonej pielęgniarki to za mało, by uczcić sto lat życia. Takiego życia.

Nie powiem, że wybuchałam niepohamowanym śmiechem. Raczej uśmiechałam się pod nosem, ale za to przez całą lekturę. Czterysta szesnaście stron.

Pomysłowość autora zdawała się rosnąć w miarę pisania.  Narracja była prowadzona zamiennie - raz z wydarzeń współczesnych, po wyjściu przez okno, a raz wracała do przeszłości Allana. Bez względu na okres życia, jego decyzje rozwalały system. Nie wiem jaką ideologię/światopogląd mogę mu przypisać. Nihilizm? A może po prostu był socjopatą? Ale przechodzenie z jednej strony na drugą podczas tej czy innej wojny traktował na poziomie tak istotnym, jak zmiana spożywczaka, w którym robi się zakupy. 



Pozostałych bohaterów autor również wykreował ciekawie, wyraźnie podkreślając ich indywidualizm. W stylu najbardziej spodobało mi się, kiedy przedstawiał myśli lub dialogi w narracji, a nie jako wypowiedź. Pełni funkcję puenty poszczególnych wydarzeń, epizodów. 

To świetna książka, kiedy potrzebujesz resetu, chcesz się odmóżdżyć lub nabrać do czegoś dystansu. Czytasz "Stulatka..." i nie dowierzasz.

Ocena tradycyjna: 7/10
Moja ocena: półka